Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały,
Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na sztuki
I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,
Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapier,
Krzycząc: "Albo cię zetnę, albo zjedz twój papier!"
Woźny niby jeść zaczął, jak człowiek roztropny,
Aż skradłszy się do okna, wpadł w ogród konopny.
Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajem
Opędzać się od pozwów szablą lub nahajem
I ledwie woźny czasem usłyszał łajanie,
Ale Protazy o tej obyczajów zmianie
Wiedzieć nie mógł, bo dawno już pozwów nie naszał.
Choć zawsze gotów, choć się Sędziemu sam wpraszał,
Sędzia dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,
Odmawiał jego prośbom; dziś przyjął ofiarę
Dla naglącej potrzeby.
Woźny patrzy, czuwa -
Cicho wszędzie - w konopie z wolna ręce wsuwa
I rozchylając gęstwę badylów, w jarzynie
Jako rybak pod wodą nurkujący płynie;
Wzniósł głowę - cicho wszędzie - do okien się skrada -
Cicho wszędzie - przez okna głąb pałacu bada -
Pusto wszędzie. - Na ganek wchodzi nie bez strachu,
Odmyka klamkę - pusto jak w zaklętym gmachu;
Dobywa pozew, czyta głośno oświadczenie.
A wtem usłyszał tarkot, uczuł serca drżenie,
Chciał uciec, gdy ode drzwi zaszła mu osoba -
Szczęściem znajoma! Robak! Zdziwili się oba.
Księga 6 - strona 14 >>